Pamiętam dokładnie tą chwilę: przyjechałam taksówką do szpitala na oddział Chematologii Dzieciecej AM. Czekałam na lekarza. Poprzedniego dnia, wieczorem karetka przywiozła tu moje 3-letnie dziecko. Nadeszła pani doktor, oschła, zasadnicza. Poimformowała mnie, że moja córeczka jest chora na białaczkę i że ma złamany kręgosłup. Spytałam jak długo będzie żyła. Jak przez grubą ścianę usłyszałam zwięzłą odpowiedź: kilka tygodni, miesięcy, może rok... I tyle. Odeszła. Nie płakałam. Tylko zrobiło mi się jakoś dziwnie lekko. To przecież nie mogło mnie dotyczyć, pomyłka! To bywa na filmach, nie w życiu!... Potem jakaś kobieta podniosła mnie i postawiła. No to sobie poszłam. Byle dalej od tego strasznego miejsca. A potem już tylko straszny, potworny ból, jakby ktoś przebił mnie na wylot...
Bałam się wrócić do domu, nie chciałam zobaczyć pustego pokoju, łóżeczka... Pomyślałam: nie ma Boga! Lepiej żeby go nie było, bo inaczej okazałby się strasznym sukinsynem...
Tak, to był najgorszy dzień mego życia. Wszystko inne to pikuś.
Offline
Wieczorem byłam na spotkaniu z Olem Nydalem i wróciłam późno. W drzwiach miałam karteczkę od mamy, żebym do niej zadzwoniła. Dzwonić o 12 w nocy? Nie! Zadzwonię rano. Rano przyszła mama z siostrą powiedzieć mi, że mój syn nie żyje. Jak to nie żyje? Przecież zdał na studia, świetnie się zapowiadał, dowcipny, dusza towarzystwa, jakikolwiek instrument wziął do ręki - potrafił na nim zagrać i teraz poszedł na pielgrzymkę do Częstochowy, zeby podziekować za wszystko... Nie zyje?
Nie żyje...
Coś we mnie umarło, może to ja umarłam? No, to co to jest to, co żyje? Pieron wie...
Offline
Miałem 8 lat, moj brat E. miał cztery. Mieszkaliśmy wtedy w domku jednorodzinnym w Łodzi. Był sobotni ranek, padał deszcz. Mama była w pracy. Mieliśmy posprzątać mieszkanie i wyrzucić śmieci. Zaraz zaczynał się ulubiony film w teleranku (nie pamiętam tytułu, o takim małym chińskim karatece). Wyszedłem w stronę furtki z workiem ze śmieciami. Zanim doszedłem E. otworzył drzwi żeby powiedzieć mi że film już się zaczyna. Przy okazji wypuscił psa, ktory zawsze strasznie ujadał gdy się wychodziło. Ogromnie się zezłościłem. Podniosłem z ziemii pierwszy lepszy patyk który tam leżał i rzuciłem w jego stronę. E. złapał się za prawe oko. Mama miała wrócić za kilka godzin. Prawe oko E. zalewało się gęstym, bezbarwnym śluzem. Oka nie dało się uratować.
Offline
Zwykła kontrolna wizyta. jest 8 listopad. Nic nie zapowiadało tragedii i wyroku.
.......... ten głos bezbarwny głos lekarza : od tygodnia nosi Pani martwe dziecko. Czy Pani mnie słyszy? Pani syn nie zyje!
Tak słyszę Pana Panie Doktorze ale dlaczego coś dusi mnie w gardle, nie mogę nic powiedzieć. Widzę tylko uciekający wzrok Męża.
Nie pamietam co sie działo potem.
Ale wraz z UKOCHANYM I CZEKANYM BARTUSIEM umarła część mnie. Już nic nie jest takie samo. Inne życiowe tragedie odeszły w cień.
hmmm nawet wpisuję sie pod własnym postem w którym opisałam strate synka. Los nie spi los dalej doswiadcza. Byliscie ze mna miesiac temu kiedy pochowałam ukochana babcię. To z czym teraz sie zmierzam juz przerasta moje siły. Ta ukochana przez dziadków wnuczka której zawierzyli i przepisali wszystko dzisiaj starego niepotrzebnego w ich mniemaniu dziadka chce oddac do domu starców. Jedzenie nie przechodzi mi gardłem na sama mysl.
Czy stary człowiek może byc wyrzucony jak zuzyty mebel? Nie zasłuzył sobie na taki los.
Zrobie wszystko żeby do konca jego dni zabrac go do siebie!!!!!!!! czy dam radę i tym razem znów sama przeciw wszystkim?
Dziadek ma 92 lata jest sprawny, sam koło siebie robi w miare mozliwości, nawet gotuje.
Ile jeszcze dostanę na ten swój krzyz do udźwigniecia?
Boże dopomóż.........
Offline
Też miałem coś napisać. Miałem dużo takich dni co można by nazwać "najgorsze przeżycie", ale chyba nie o to chodzi : Jak się człowiek zrani fizycznie to nie robi sobie zdjęć rany na pamiątke tylko czeka jak się zabliźni i zapomina niej. Tak samo chyba powinno być z życiem psychicznym : Lepiej zapomnieć żeby żyć dalej szczęśliwie :-)
Offline